mgr Przemysław Fabjański
nauczyciel geografii, opiekun Koła Geografów „Peneplena”
„Słowakowe poznawanie świata”
W maju 1990 roku, ówczesna klasa II „a” wraz ze swym wychowawcą, czyli ze mną,
zorganizowała pod egidą Koła Geografów „Peneplena” I Dni Gór – imprezę, która od
tamtego czasu odbywa się w Słowaku rokrocznie, aż do dziś - do 2006 roku jako
Dni Podróży i Gór, a od 2007 r. pod nazwą Chorzowski Tydzień Podróży. Odczyt
Walka Nendzy, potrafiacego w perfekcyjny sposób ożywić obraz utrwalony na
fotografii, przeniósł kilkuosobową grupkę młodzieży (ja też wtedy jeszcze
„łapałem” się do tej kategorii wiekowej) w Himalaje, na razie tylko za
pośrednictwem rzutnika i ekranu. Po spotkaniu podsunąłem szalony, jak się
niektórym wówczas wydawało, pomysł organizacji szkolnej wyprawy w najwyższe góry
świata. Nota bene, ci którzy znają mnie lepiej wiedzą, że szalone pomysły to w
pewnym sensie moja specjalność.
16 stycznia 1991 roku – 18 lat temu, wyruszyła ze Słowaka jedenastoosobowa grupa
na I Szkolną Wyprawę Geograficzną „Indie - Nepal - Himalaje ‘91”. Po kilku
godzinach lotu lądujemy w Indiach. Dla większości z nas jest to pierwsza podróż
pozaeuropejska, stąd pierwsze wrażenie jest dla wszystkich takie samo. Zupełnie
inna rzeczywistość, z początku być może nawet odpychająca i niegościnna, ale od
pierwszego momentu intrygująca i fascynująca tą właśnie innością – nie do
oddania przez najbardziej rzetelną relację, najlepszą książkę czy po mistrzowsku
nakręcony film.
Pierwszy kontakt z żyjącą uliczką w delhijskim Pahar Ganj. Ludzkie mrowie
toczące się ciasnymi zaułkami, ryksze ze skrzeczącym dźwiękiem klaksonów,
bajecznie kolorowe stragany, zachwalający nawoływaniem swój towar sprzedawcy,
leżący na chodniku żebracy ze sterczącymi kikutami kończyn, wychudłe krowy pełne
„świętego" spokoju, dzieci proszące o bakszysz, przedzierający się przez ludzką
ciżbę słoń z kornakiem na karku, niewidoma staruszka bez nosa i uszu, utraconych
pewnie w wyniku przebytego trądu, zaklinacz węży „przy pracy", uliczny golibroda
a obok niego „stomatolog" z całym arsenałem narzędzi i protez, „laryngolog" ze
szpikulcem i pincetą, krawiec przy singerze z trzeciej dekady XX wieku.
W pierwszych dniach to niezwykłe połączenie dysharmonii dźwięków, obrazów i
zapachów może sprawić, że przybysz czuje się zagubiony i przytłoczony. To
odczucie mija jednak z czasem, kiedy staje się ono po prostu powszedniością, a
uzyskane w kraju informacje zaczynają znajdować swoje przełożenie na tę inną
rzeczywistość.
Ważnym elementem pierwszych wypraw Słowaka było odbycie kilku lub
kilkunastodniowej wędrówki wysokogórskimi ścieżkami, z własnym ekwipunkiem i
wyżywieniem, czyli tak zwanego trekkingu. Trudów wielodniowego marszu, czasem
podczas niesłychanego żaru lejącego się z nieba, innym razem w
kilkunastostopniowym mrozie, mieliśmy okazję doświadczyć na własnej skórze,
przemierzając podniebne szlaki Himalajów i Karakorum. Wysokość nie raz dawała
nam się porządnie we znaki, lecz dobre przygotowanie kondycyjne oraz rozsądne
pokonywanie dużych deniwelacji pomagały w uporaniu się z objawami choroby
wysokościowej. Otarcia stóp, niewielkie odmrożenia bądź oparzenia, spowodowane
przez bezlitosne promienie słoneczne, wetowaliśmy sobie niezapomnianymi widokami
najwyższych szczytów Ziemi, spotkaniami z miejscową ludnością, egzotyczną
przyrodą himalajskiej dżungli oraz naszymi „wejściami szczytowymi".
Pierwsza wyprawa, w zimie 1991 roku, przyniosła efekt w postaci zdobycia szczytu
Tsergo Ri o wysokości 5.033 m n.p.m. Do ataku przystąpiliśmy już w piątym dniu
treku, jak się później okazało, nieco za wcześnie. Aklimatyzacja, którą
zdobywaliśmy podchodząc Doliną Langtangu, okazała się niewystarczająca. Tylko
pięciu spośród nas czuło się na siłach wstać przed świtem i tuż po wschodzie
słońca rozpocząć mozolną wspinaczkę. Do wierzchołka „naszej” góry mieliśmy nieco
ponad 1.100 metrów podejścia. Jeden z uczestników nie czuł się najlepiej i mniej
więcej 300 metrów przed szczytem podjął słuszną decyzję o zejściu do naszej bazy
w Kiangjin Gompa (3.850 m n.p.m.). Najpierw w głębokim śniegu, zapadając się co
kilka kroków po pas, potem skalną grzędą, wydostajemy się na przełęcz. Wyżej już
zupełnie łatwo, tylko wysokość każe odpoczywać co dziesięć, piętnaście metrów i
tak jakoś nieprzyjemnie uciska skronie. W samo południe stajemy w czwórkę na
Tsergo Ri, gdzie oczywiście po pierwsze, po drugie i po trzecie zapiera nam dech
w piersiach, tym razem nie z powodu owych pięciu kilometrów nad poziomem morza.
Przed nami, obok, za, po prostu wszędzie jak okiem sięgnąć wznoszą się ośnieżone
giganty, a pośród nich ogromny, rozłożysty masyw Shisha Pangmy (8.013 m n.p.m.)
- najwyższego szczytu, jaki dane nam było ujrzeć w czasie tego wyjazdu.
To było niezwykle wzruszające przeżycie. Sami pośród setek siedmio- i
sześciotysięczników, w górskiej, śnieżnej pustce, smagani lodowatym wiatrem.
Niestety nigdy nie będziemy już mieli możliwości wspólnego wędrowania. 16 lat
później, jeden spośród nas – Marcin Ornowski, wspaniały człowiek i przyjaciel,
zawsze pogodny, rozsądny czasem wręcz do przesady ostrożny, zginął w Alpach
zasypany śnieżną lawiną.
Zarówno tę wyprawę, jak i wszystkie kolejne, poprzedziły wielomiesięczne
przygotowania, polegające na zdobyciu odpowiednich funduszy, sprzętu
turystycznego niezbędnego dla odbycia wysokogórskiego trekkingu, środków
medycznych, żywności, ale przede wszystkim zgromadzeniu pewnego zasobu wiedzy na
temat obszarów, które uczestnicy wyjazdu odwiedzą. Służą temu cykle spotkań
poświęconych tematycznie celom wyprawy. Ważna jest także ogólna kondycja
fizyczna kandydatów, stąd też częste (niegdyś) wspólne wyjazdy w góry, które
pozwalały również na „zgranie zespołu”. Bardzo ważna, szczególnie ze względów
wychowawczych jest, własna praca uczestników wyprawy. Najpierw był to udział
młodzieży w różnych pracach remontowych, malowaniu pomieszczeń zakładów,
ogrodzeń, prace ziemne, a w ostatnich kilku latach praca w hipermarketach,
pozwalająca na zarobienie kwot w znacznym stopniu pokrywających koszty całego
przedsięwzięcia. Tym samym młodzi podróżnicy wydają w czasie wyprawy
samodzielnie zarobione pieniądze.
Oczywiście znaczny udział w wyjazdowym budżecie stanowią pieniądze otrzymane od
naszych sponsorów, dzięki życzliwości których tak wiele wypraw mogło już się
odbyć. Darczyńcy przekazują nam także sprzęt, żywność, czy też lekarstwa.
Na zakończenie jeszcze tylko badania lekarskie, cała seria szczepień i nadchodzi
wreszcie dzień wykupienia biletów lotniczych, a po nim pakowania, pożegnania w
szkole i wylotu w nieznane.
Nie bez znaczenia dla pomyślności w organizacji wypraw jest też honorowy
patronat nad nimi, który obejmowali Prezydent Miasta Chorzów, Pan Marek Kopel
oraz Ich Ekscelencje Ambasadorowie Republiki Indii w RP, Pani Shashi U.
Tripathi, Robert L. Narayan, Anil Wadhwa czy też Ambasador Sri Lanki, Pan
Nallathamby Navaratnarajah a także patronat medialny, przede wszystkim Telewizji
Polskiej, Polskiego Radia, Gazety Wyborczej czy też mediów lokalnych – Radia eM,
Radia Piekary, Dziennika Zachodniego lub Tygodnika Mieszkańców Miasta
Chorzowianin. Stały, naukowy patronat nad geograficzno – podróżniczymi
poczynaniami Słowaka objęło w 2004 roku Polskie Towarzystwo Geograficzne.
Dwa lata po I Wyprawie, już z nową, ale równie wspaniałą grupą młodzieży,
pojechaliśmy ponownie na subkontynent indyjski. Prawdę mówiąc, to właściwie
młodzież namówiła mnie na podróż, której trasa częściowo pokrywała się z tą
sprzed dwóch lat, choć do Delhi, Jaipuru, Agry, Fatehpur Sikri, Benares albo
Varanasi, Khajuraho i Kathmandu, „dołożyliśmy" jeszcze Park Narodowy Chitwan w
Nepalu oraz Darjeeling, Kolkatę (d. Kalkutę) i Mumbaj (d. Bombaj). Wtedy, w 1992
roku bardziej pociągała mnie Ameryka Południowa i jej najwyższy szczyt -
Aconcagua, jednak upór, z jakim kilkanaście osób dążyło do wyjazdu w Himalaje i
niewątpliwie moje zauroczenie subkontynentem, spowodowało wybór Azji. Celem
numer jeden był oczywiście trekking i to chyba najbardziej spektakularny - pod
Mount Everest. Po trzech tygodniach trampingu po północnych Indiach, zwiedzeniu
stolicy Nepalu - Katmandu i czterech porankach spędzonych na stołecznym lotnisku
w oczekiwaniu na samolot do Lukli - wioski położonej na wysokości prawie trzech
tysięcy metrów w Wielkich Himalajach, udało się nam wreszcie wystartować i
szczęśliwie wylądować na górskiej, wyboistej łące kończącej się z jednej strony
stromym górskim zboczem, a z drugiej kilkusetmetrową przepaścią. Było to
lotnisko (wtedy jeszcze z ziemnym pasem startowym!) w Lukli. Osiem dni zajęło
nam podejście do Lobuche naszej bazy na wysokości 4.960 m n.p.m. Na trasie
naszego podejścia znalazło się Namche Bazar - stolica krainy Szerpów, przepiękne
klasztory buddyjskie w Thiangboche i Pengboche oraz niewielka wioska (cztery
nędzne chałupy) Chhukung. W Chhukungu czekała nas, jak się okazało, naprawdę
ciężka praca. Na wysokości 4.750 m n.p.m., pod południową ścianą Lhotse -
czwartej góry Ziemi mieliśmy za zadanie naprawę zamocowania tablicy poświęconej
pamięci trzech polskich himalaistów Jerzego Kukuczki, Rafała Chołdy i Czesława
Jakiela, którzy zginęli podczas prób pierwszych przejść głównego himalajskiego
problemu lat osiemdziesiątych. Okazało się, że tablica zamontowana przez Klub
Wysokogórski w Katowicach nie była solidnie przymocowana do skały. Prace nad
wykuciem otworów w twardym gnejsie trwały kilka godzin. Mimo sporego wysiłku,
pracowaliśmy cały czas w grubych kurtkach puchowych. chroniąc się przed
siarczystym mrozem i przenikliwym wiatrem. Obok tablicy Klubu pojawiła się
skromna tablica, na której Tomek, jeden z uczestników wyprawy, wykuł fragment
„Kwiatów polskich” Juliana Tuwima, poświęcając go pamięci Tych, którzy w górach
pozostali na zawsze. W surowej scenerii, smagani lodowatym wiatrem spadającym z
ośmiotysięcznika przypomnieliśmy nazwiska ludzi, których ścieżka życia urwała
się w górach wszystkich kontynentów. Były wśród nich nazwiska naszych
przyjaciół, znajomych, członków rodzin, ludzi znanych z książek i opowieści,
były także nazwiska Absolwentów Słowaka: Henryka Furmanika i Mieczysława
Wolnego, którzy Górom oddali swe życie.
Dziewiątego dnia, 21 lutego 1993 roku, wstaliśmy wcześniej niż „skoro świt".
Powody były dwa. Tego dnia mieliśmy spróbować wejścia na Kala Pathar, a po
drugie nad ranem termometr w naszym schronisku wskazywał -15º C. Po dwóch
godzinach marszu Lodowcem Khumbu i jego boczną moreną znaleźliśmy się w Gorak
Shep, a po dwóch kolejnych wznosiliśmy okrzyki radości i ściskaliśmy sobie
dłonie, rzecz jasna w rękawicach, na szczycie Kala Pathar, na wysokości 5.545 m
n.p.m., najwyższej jaką udało się nam osiągnąć pieszo w czasie wszystkich
wypraw. Kala Pathar jest też pewnie najwyższym punktem na naszej planecie, na
którym odśpiewano a właściwie „odchrypiano” „słowakową” pieśń kultową –
„Testament mój”.
Na zakończenie był jeszcze Park Narodowy Chitwan na Nizinie Teraju z
fotograficznym polowaniem na nosorożce, wizyta w Kolkacie,
pięćdziesięcioczterogodzinny przejazd do Mumbaju i niespodzianka na lotnisku. Z
powodu zamachów terrorystycznych odwołano większość lotów, w tym nasz. Z
trzydniowym opóźnieniem, przez Kuwejt i Paryż, dotarliśmy do Chorzowa.
Skład osobowy tej wyprawy był wyjątkowy. Grupa była całkowicie zwarta, wzajemnie
sobie pomagająca, chcąca jak najwięcej zobaczyć, poznać, zrozumieć. W trudnych
chwilach podczas trekkingu wszyscy zachowali się tak, jakby była to ich nie
pierwsza, a dziesiąta wyprawa wysokogórska. Na każdego z uczestników wyjazdu
można było zawsze liczyć. I pewnie jest tak do dziś.
Nic więc dziwnego, że niecałe półtora roku później, niemalże takim samym
składzie, wybraliśmy się w sześciotygodniową podróż na III Szkolną Wyprawę
Geograficzną „Indie - Pakistan - Karakorum `94". Wyjazd ów był dla nas zupełnie
nowym doświadczeniem. Po pierwsze mieliśmy w planie odwiedzenie nieznanego dla
nas państwa – Pakistanu, po drugie termin, w którym wyprawa się odbywała
przypadający na okres letnich ferii, to pora ogromnych upałów i obfitych opadów
monsunowych. Sprzęt turystyczny, który ze sobą zabieraliśmy zasadniczo różnił
się od ekwipunku wypraw zimowych. Nie musieliśmy taszczyć ze sobą ciężkich
kurtek puchowych, dużej ilości ciepłej odzieży, mogliśmy zamienić grube śpiwory
na cieńsze, a zabrane jedzenie ograniczyliśmy tylko do racji potrzebnych na czas
trekkingu. Nowością były namioty, których zamierzaliśmy używać w trakcie akcji
górskiej w bezludnych obszarach gór Karakorum.
Wyprawa rozpoczęła się w ... Wilnie, gdzie czekając trzy dni na wyjazd do
białoruskiego Mińska, mieliśmy możliwość dokładnego zwiedzenia tego pięknego
polskiego miasta oraz oddania się chwili modlitwy i zadumy przy Ostrej Bramie,
nad grobami matki Marszałka Józefa Piłsudskiego i serca Marszałka, Joachima
Lelewela, a przede wszystkim, mogiłą Euzebiusza Słowackiego - ojca patrona
naszego Liceum.
Samolotem Białoruskich Linii Lotniczych „Belavia” (okazało się, iż cena trzystu
pięćdziesięciu dolarów odzwierciedlała standard), dolecieliśmy do Delhi.
Lądujący, o dziwo klimatyzowany TU-154 wypełnił się kłębami mgły. To Indie w
porze monsunu. Prawie stuprocentowa wilgotność powietrza i ponad
czterdziestostopniowy upał. Taka pogoda miała nam towarzyszyć przez większą
część wyjazdu.
Indyjską metropolię opuściliśmy bardzo szybko, kierując się bezpośrednio do
Pakistanu. Zatrzymaliśmy się w Lahaurze - mieście młodości Josepha Rudyarda
Kiplinga - autora „Kima" i czytanej w dzieciństwie „Księgi dżungli”, a później w
nowoczesnej stolicy ,,kraju czystych” - Islamabadzie oraz pełnym orientalnego
zgiełku Rawalpindi. Stamtąd rozpoczęliśmy naszą podróż słynną Karakorum Highway.
Jak przystało trampom, na „dach świata” pędziliśmy na dachu autobusu. Po raz
pierwszy przydały się nam przeciwwiatrowe kurtki z kapturami, które chroniły
nasze ciała przed bezlitosnym żarem rozedrganego od gorąca powietrza. Po
szesnastu godzinach jazdy pustynnymi obszarami, nad spienionymi wodami Indusu i
Hunzy, dotarliśmy do Gilgit. W hotelowym depozycie zostawiliśmy część zbędnego
bagażu i lżejsi o kilka kilogramów podjechaliśmy do Pasu, gdzie rozpoczynał się
trekking doliną Lodowca Batura.
Od samego początku podejście sprawiało mi nieco kłopotów. Złapałem wcześniej
jakiegoś paskudnego wirusa, który powodował gorączkę sprawiającą, że tempo
mojego marszu a także samopoczucie pozostawiały wiele do życzenia. W czasie, gdy
zrobiłem sobie dzień przerwy, spędzając go w pozycji horyzontalnej w namiocie,
chłopcy wraz z naszym przewodnikiem, którego zaangażowaliśmy jeszcze w
Islamabadzie, zdobyli nienazwany szczyt o wysokości około 4.500 metrów. Jeden
dzień przerwy i przyspieszona kuracja nie na wiele się zdały. Podchodziliśmy
jeszcze trzy dni, dochodząc do niezamieszkałej osady Fatima Hill. Tam rozłożyłem
się zupełnie. Wysoka gorączka i znaczne osłabienie organizmu zmusiły nas do
podjęcia jedynej możliwej w takim przypadku decyzji. Schodzimy. Do najbliższego
lekarza mieliśmy trzy dni marszu i dzień jazdy autobusem. Znów okazało się, że
„wyprawowicze" stanęli na wysokości zadania. Sami podzielili mój bagaż,
dociążając nim swoje plecaki i tak powoli wróciliśmy do Pasu, gdzie okazało się,
że ów wirus przeniósł się na Olka Skórnika. Tak więc, po raz pierwszy musieliśmy
skrócić pobyt w górach. Okazało się jednak, że dzięki zyskaniu kilku dni
rezerwy, mogliśmy przemierzyć piękne krajobrazowo i kulturowo obszary indyjskiej
części Tybetu.
Po powrocie do Indii zwiedziliśmy stolicę sikhów - Amritsar i piękną Hari Mandir
- Złotą Świątynię, a stamtąd szlakiem Tomka Wilimowskiego, skierowaliśmy się
przez Jammu i Srinagar, w zielonym lecz niespokojnym Kaszmirze, do zagubionego
pośród himalajskich szczytów Leh.
To jakby zupełnie inny kraj. Cisza, nieczęsto w Indiach spotykana, tu jest wręcz
dokuczliwa, a odmienne od tych z dolin, rysy twarzy świadczą, że wjechaliśmy w
teren zamieszkały przez wyznawców buddyzmu, pochodzących z okupowanego przez
komunistyczny reżim Chińskiej Republiki Ludowej Tybetu. Niespotykanego uroku
dodawały Ladakhowi, bo tak nazywa się ten region, zwieńczające wzgórza lub
zawieszone na ścianach skalnych gompy, czyli klasztory buddyjskie w Hemis,
Tikse, Shey i Leh. Jak na ironię, najwyższy punkt na trasie wyprawy osiągnęliśmy
wracając autobusem przez Chandigarh do Delhi. Przełęcz Taglang La, pokonana
przez nasz wehikuł osiąga wysokość 5.328 m n.p.m., zatem ponad pięćset metrów
większą niż najwyższy szczyt Europy.
Ostatnie dni wyprawy spędziliśmy w Delhi, odbywając także jednodniową wycieczkę
do Mathury, Agry i Fatehpur Sikri. Czekał nas jeszcze przelot do Wilna. Samolot
czekał na nas ponad dobę, co dla nas oznaczało, że czas ten spędzimy na
lotnisku. Nie wiedzieliśmy, że załadunku maszyny musimy dokonać sami. Zabraliśmy
się więc do roboty i po kilku godzinach świetnej zresztą zabawy, wchodzeniu na
pokład po drabinie, drzemce pod skrzydłami na rozgrzanej płycie lotniska,
zasiedliśmy w fotelach (?) bądź zalegliśmy na workach z „towarem” na eksport do
krajów byłego ZSRR i odlecieliśmy nie wiadomo gdzie. Po dwóch międzylądowaniach
i uzupełnieniu zapasów paliwa w stolicy Turkmenistanu - Aszchabadzie i
Stawropolu (samolot miał 14 ton nadbagażu!), na resztkach benzyny, lotem
momentami ślizgowym, udało się niezbyt trzeźwemu pilotowi posadzić maszynę na
pasie w Mińsku. Stąd już rzut kamieniem do kraju. Po kilkunastu godzinach
znaleźliśmy się w Chorzowie, gdzie część z nas na okres kilku tygodni
zamieszkała w „apartamentach” Szpitala Zakaźnego. Widok z okien był niczego
sobie - prosto na modernistyczną bryłę chorzowskiego Słowaka.
Początek roku 1996 przyniósł kolejną, IV Szkolną Wyprawę Geograficzną „Indie -
Nepal - Himalaje `96”. Pojechało nas dwanaście osób. Tym razem, po raz pierwszy,
wyprawa rozpoczęła się nie w Delhi, lecz położonym już na południu Indii,
Bombaju, a właściwie Mumbaju, bo tak brzmi prawidłowa nazwa azjatyckiego giganta
położonego na Wybrzeżu Malabarskim Morza Arabskiego. Trasa tej wyprawy była bez
wątpienia jedną z najdłuższych z wszystkich odbytych w czasie naszych wyjazdów.
Debiutowaliśmy również na południu Półwyspu Indyjskiego, pośród tropikalnej,
soczystozielonej, egzotycznej roślinności, którą można kojarzyć z dawną indyjską
dżunglą. Spędzaliśmy czas na zwiedzaniu katolickich zabytków Goa - dawnej
portugalskiej kolonii, zażywaliśmy kąpieli słonecznych na mocno
przereklamowanych plażach tego stanu, podziwialiśmy iluminowany milionami
żarówek pałac maharadży Majsuru, spacerowaliśmy rybackimi nabrzeżami Cochin,
wdychając korzenne aromaty uliczek miasta, w którym spoczęły doczesne szczątki
odkrywcy morskiej drogi do Indii - Vasco da Gamy, mieliśmy „ucztę dla ducha” na
przedstawieniu w teatrze kathakali i „dla ciała” w smażalni pysznych tuńczyków,
barakud i owoców morza. „Zaliczyliśmy” stosukowo mało ciekawy Chennai (d.
Madras), byliśmy w Mamallapuram i świętym Kanchipuram, by wreszcie trafić do
miasta - kolosa, Kolkaty.
Potęga tego miejsca jest przytłaczająca. Miliony pieszych, dziesiątki tysięcy
samochodów, poruszające się ze zgrzytem tramwaje wyglądające niczym pojazdy
pancerne, tysiące ryksz, z których część napędzana jest siłą ludzkich mięśni.
Zaś samo miasto przecięte jest szeroką wstęgą ujściowej odnogi świętego Gangesu
- Hooghly, gdzie podobnie jak w Benares, można obmyć swoje grzeszne ciało.
Atmosferę ponad 16-milionowego molocha podkreśla widoczna na każdym kroku
różnorodność kulturowa, wynikająca z mozaiki religijnej społeczeństwa
bengalskiej metropolii. Największym jednak przeżyciem dla nas wszystkich było
spotkanie i krótka rozmowa z Matką Teresą, którą odwiedziliśmy w jej kalkuckiej
siedzibie, składając dar w postaci lekarstw, środków medycznych i narzędzi
chirurgicznych. Spotkanie z Matką Teresą było dla nas nie tylko przeżyciem samym
w sobie, lecz przede wszystkim ogromnym darem nauki miłości i bezgranicznego
poświęcenia.
W Nepalu spędziliśmy ponad trzy tygodnie. Pobyt w górach nie należał niestety do
udanych. Nagłe załamanie pogody oraz nie najlepsza kondycja zdrowotna niektórych
uczestników, zmusiła nas do skrócenia planowanej marszruty i zejścia w doliny z
malowniczych szlaków Helambu Himal. Mieliśmy za to czas, by spłynąć rwącym
nurtem Trisuli w niewielkiej gumowej łupinie, rzucani i wyrzucani za burty na
spienionych bystrzach himalajskiej rzeki, a także „zapolować" kamerami na
przedstawicieli ginącego gatunku nosorożca jednorogiego. Ostatnie dni
spędziliśmy znów w Indiach - w duchowej stolicy tego kraju – Benares, gdzie o
wschodzie słońca pływaliśmy łodzią wzdłuż budzących się do życia nabrzeży -
ghatów. Tysiące pielgrzymów, z których część przyjechała dokonać żywota w
miejscu, w którym święta Ganga zawraca ku Himalajom i w taki sposób osiągnąć
Absolut, od samego świtu uczestniczy tu w rytualnych ablucjach, podczas gdy
przedstawiciele jednej z niższych kast zajmują się w tym samym czasie praniem
bielizny. Kilkaset metrów w dół rzeki płoną stosy kremacyjne, zaś ludzkie
popioły wędrują do świętej wody.
Agra, Jaipur i Delhi to ostatnie punkty programu naszego dwumiesięcznego
wyjazdu. Po sześćdziesięciu dniach, cali i zdrowi wróciliśmy do kraju.
Potem nastąpiły dwa wyjazdy absolwenckie. Latem 1996 i 1997 roku spędzaliśmy
wspaniałe tygodnie na wojażach po „nowych” miejscach. Dotarliśmy do piasków
Pustyni Thar, Przylądka Komoryn, pływaliśmy lagunami i kanałami Kerali,
zwiedzaliśmy Maduraj, świątynie skalne Elury i Ajanty, święte miejsca hindusów,
buddystów, muzułmanów, parsów, sikhów, dżinistów i chrześcijan. Przemierzyliśmy
kolejne kilkanaście tysięcy kilometrów drogami i bezdrożami Indii.
Plan V Szkolnej Wyprawy Geograficznej w 1998 roku obejmował pierwotnie Singapur,
Malezję i Tajlandię, jednak realia finansowe skłoniły nas do zmiany naszych
zamiarów i skierowanie się na obszar subkontynentu indyjskiego. Współpraca z
Ambasadą Indii i honorowy patronat Pani Ambasador pozwoliły nam uzyskać
zezwolenia wjazdowe do północno - wschodnich stanów Indii - w rejony, gdzie
turyści raczej nie docierają. Przygodę z Azją rozpoczęliśmy w Chennaj, dawnym
Madrasie, skąd po 55-godzinnej podróży znaleźliśmy się ponownie w Kolkacie.
Złożyliśmy wizytę w Domu Sióstr Miłości, chyląc czoła nad grobem zmarłej w 1997
roku Matki Teresy, odwiedziliśmy znane z powieści Dominique Lapierre'a „Miasto
Radości”, dzielnicę slumsów, paradoksalnie pełną radosnych twarzy
zamieszkujących ją biedaków.
Przez ponad tydzień podróżowaliśmy po Bangladeszu, głównie arteriami wodnymi
„delty śmierci", podglądając nietkniętą ludzką ręką przyrodę dżungli i lasów
namorzynowych. Z Dhaki - stolicy jednego z najuboższych krajów świata
powróciliśmy do Indii.
Tripura, Meghalaya, Assam i Sikkim to stany, do których udało nam się wjechać.
Są to obszary, na których ingerencja człowieka w środowisko przyrodnicze jest
znacznie słabiej widoczna niż w innych częściach tego wielkiego kraju. Pierwszy
kontakt z Himalajami mieliśmy w buddyjskim Sikkimie. Pełne tajemniczości i
egzotycznego kolorytu monastyry, powiewające girlandy chorągwi modlitewnych,
skośnoocy Tybetańczycy i dumnie wznoszące się ośnieżone olbrzymy - to najkrótsza
charakterystyka himalajskiego księstwa. Prawdziwe spotkanie z „górami gór”
czekało nas w Nepalu. Dotarliśmy tam prosto z herbacianych ogrodów Darjeelingu,
najpierw zjeżdżając miniaturową kolejką, której prędkość pozwalała na wysiadanie
i zakupy w czasie jazdy, a potem autobusem z wymuszoną brakiem frontowej szyby
klimatyzacją.
Pobyt w dżungli Teraju był dla nas - osób przyzwyczajonych do naziemnego trybu
życia szczególną atrakcją, jako że gros czasu spędziliśmy na drzewach, chroniąc
się w konarach przed harcującymi w słoniowej trawie nosorożcami. Fotograficzne
safari przyniosło plon w postaci zdjęć tych olbrzymich ssaków, a także
niedźwiedzi, saren i jeleni, słoni, krokodyli, małp i całego bogactwa fauny
ptasiej, z pawiami na czele. Nim wyruszyliśmy na „podbój” Himalajów, znów
spłynęliśmy rzeką. Trisuli (atrakcje raftingu niektórzy z pewnością będą jeszcze
długo wspominać), a później spędziliśmy kilka dni na zwiedzaniu miast Doliny
Katmandu.
Na trekking wymaszerowaliśmy z wioski Birethani. Dolinę, którą powoli
podążaliśmy zamykały potężne masywy Annapurny (8.091 m n.p.m.) i świętej,
dziewiczej góry Machhapuchare (6.993 m n.p.m.), ponoć najpiękniejszego szczytu
naszej planety. Znów zła pogoda, także pewne niedostatki kondycyjne,
pokrzyżowały nasze zamiary dojścia do Sanktuarium Annapurny. Bogini Matka
Żywicielka nie uraczyła nas łaskawością aury. Przy nie najlepszej widoczności
posuwaliśmy się w kierunku drugiego ośmiotysięcznika - Dhaulagiri (8.167 m). Po
dziewięciu dniach pobytu w górach i pokonaniu pieszo ponad 250 kilometrów, raz
schodząc, innym znów razem wspinając się kilkaset metrów w górę, nasze często
mocno „doświadczone" stopy stanęły w Dolinie Kali Gandaki - najgłębszym kanionie
świata, którego strome zerwy strzelają siedem kilometrów w górę. Oczom naszym
ukazały się cytrusowe i mandarynkowe gaje Tatopani zaś ulgę obolałym członkom
przyniosły kąpiele w gorących, siarkowych źródłach. Następnego dnia pokonaliśmy
ostatnie pięćdziesiąt kilometrów i znaleźliśmy się w Beni, a późnym wieczorem w
Pokharze.
Po,wrót do Indii urozmaiciliśmy wizytą w miejscu narodzin Siddharty Gautamy
zwanego później Buddą. Po przekroczeniu granicy i dojechaniu do Gorakhpuru
zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Nanda Singha, lekarza którego znaliśmy z
Polski, w Agrze natomiast przed wejściem do słynnego Taj Mahalu czekał na nas
Rajesh - drugi z naszych hinduskich przyjaciół. Zbliżając się do Delhi - mety
wyprawy, było nam dane wiele jeszcze zobaczyć. Kushinagar - miejsce śmierci
Buddy, jedno z najstarszych miast świata Benares - Varanasi - Kashi - „miejsce
skąd rozchodzi się światłość”. Tam też, oblewając się nawzajem, a także Indusów
farbkami, obchodziliśmy święto Holi. Na zakończenie, wspaniałe zabytki imperium
Mogołów w Agrze i Delhi oraz bogate pałace Jaipuru i okolic.
Absolwencki wyjazd do Egiptu i Jordanii latem tego samego roku przyniósł nowe
doznania w nieco innej egzotyce. Półtoramiesięczny wyjazd poświęciliśmy na
poznanie zabytków Doliny Nilu – od Aleksandrii po Asuan, przejazd przez Półwysep
Synaj z wypadem i noclegiem pod gwiazdami na Górze Synaj, a później podziwianiem
spektaklu pod tytułem „wschód słońca na Synaju” oraz penetrowaniem bogatej w
nabatejskie i rzymskie zabytki Jordanii. Nie zabrakło też kąpieli „na siedząco”
w najbardziej zasolonym jeziorze świata – Morzu Martwym, jednak niewątpliwie
„szlagierem” tego wyjazdu była Petra ze swymi wykutymi w skalnych formacjach
zachodniej części masywu Jabal-ash-Shara świątyniami, klasztorami, komorami
mieszkalnymi będącymi dziełem Nabatejczyków, powstałym w okresie III w p.n.e. –
I w n.e.
Rok 1999 był Rokiem Jubileuszu Szkoły i Rokiem Słowackiego Ponad Granicami. Koło
Geografów „Peneplena” postanowiło uczcić go organizacją miesięcznego wypadu na
wyspy Archipelagu Malajskiego. VI Szkolna Wyprawa Geograficzna „Indonezja ‘99”
pozwoliła poznać młodzieży nadzwyczajne walory przyrodnicze (wilgotne lasy
równikowe, wulkany, rafy koralowe), ślady starych kultur azjatyckich oraz bogatą
mozaikę plemienną wysp: Flores, Sumbawy, Lomboku, Gili Menu, Bali i Jawy. Grupa
wyprawowa była dosyć liczna,. Towarzyszyli nam także nasi przyjaciele: Walek
Nendza oraz Beata Tomanek – podróżniczka i dziennikarka Polskiego Radia
Katowice. Jak zawsze, nie obyło się bez przygód, zarówno tych miłych jak i
niemiłych. Do tych drugich należało zapewne pozostawienie saszetki z dokumentami
i pieniędzmi przez jednego z uczestników w toalecie na stacji benzynowej, jak i
moja malaria złapana gdzieś na trasie. Cóż, sytuacje takie wpisane są w „ryzyko
zawodowe” globtroterów, jednak nie są w stanie nawet przyćmić ogromnej liczby
pozytywnych doznań i płynącej z nich nauki. A te były nieco inne niż na
Półwyspie Indyjskim. Wyspiarskie położenie Indonezji wymusiło na nas dobór
innych środków lokalnego transportu, czyli samolotu, a przede wszystkim łodzi i
promów. Jeden z rejsów niewielkimi kutrami, umożliwił nam trzydniowy kontakt z
rozszalałym Pacyfikiem, z pełnymi jego konsekwencjami, głównie natury
gastrycznej. Na Komodo młodzi podróżnicy stanęli oko w oko z największymi
jaszczurami świata – słynnymi „smokami z Komodo”. Podziwialiśmy niezwykłą
regularność stożków wulkanicznych, koloryt obrzędów hinduskich na Bali i Jawie
no i oczywiście buddyjski kompleks Borobodur i hinduski Prambanan, położone w
pobliżu jawajskiej Yogyakarty. Spośród kilku tysięcy zdjęć wykonanych na półkuli
południowej, wiele można było obejrzeć na wystawach fotograficznych w
Katowicach, Krakowie, Bielsku-Białej, Monachium, Kolonii, Essen oraz w
chorzowskim Muzeum w czasie I Wielkiego Zjazdu Absolwentów w czerwcu 1999 roku.
Rok później, niewielką, czteroosobową grupką znów udaliśmy się do Indii. Tym
razem dużą część wyjazdu poświęciliśmy na podróżowanie po południowej części
kraju, odwiedzając zarówno miejsca najbardziej znane, jak i te często pomijane
przez wędrowców, chociażby przez to, że położone są zdala od głównych szlaków
turystycznych. Do takich miejsc należą chociażby wodospady Jog Falls, Bijapur,
Solapur czy stolica starożytnego królestwa Vijayanagara – Hampi. W Parku
Narodowym Bandipur w Górach Nilgiri natknęliśmy się na na bawoły indyjskie i
żyjące tu na wolności słonie.
Wejście w nowe stulecie zaowocowało nowymi planami. VII Szkolna Wyprawa
Geograficzna „Etiopia – Semien 2001” postawiła sobie za cel eksplorację jedynego
chrześcijańskiego państwa Afryki - Etiopii. Trasa podzielona była na kilka
etapów. Pierwszy to północ kraju, bogata w zabytki kultury chrześcijańskiej
związanej z obrządkiem koptyjskim. Spośród miejsc, które odwiedziliśmy, a były
to: Addis Abeba, Bahar Dar i położone w pobliżu Wodospady Błękitnego Nilu,
Jezioro Tana, Gonder, Aksum z kaplicą, w której według legendy przechowuje sie
Arkę Przymierza, Debre Damo i Lalibela, szczególnie godne uwagi wydają się być
te dwa ostatnie. Podróż do nich rozklekotanym autobusem, po drogach jeszcze
gorszych niż polskie, zajęła kilka dni. Debre Damo to jeden z najstarszych i
najważniejszych klasztorów w Etiopii. Od czasów założenia go - ponad tysiąc lat
temu, zamieszkujący go mnisi praktycznie nie zmienili swego trybu życia i
niewiele wynalazków współczesnego świata się tu zadomowiło na stałe. Niełatwym
jest również dotarcie do tego miejsca – kobietom wstęp jest surowo wzbroniony,
stąd piękniejsza część naszej wyprawy zaliczyła dłuższy odpoczynek u podnóża
płaskowyżu, mężczyźni zaś muszą pokonać, przy pomocy powrozu skręconego z wolej
skóry, kilkunastometrową, pionową ścianę – innej drogi nie ma, bo klasztor
położony jest na szczycie niedostępnego płaskowyżu. W ten sam sposób schodzimy,
a właściwie zjeżdżamy w dół, choć są z tym kłopoty, gdyż duchowni żądają od nas
dodatkowej opłaty za udostępnienie powroza do zjazdu. Mając do wyboru zostanie
chrześcijańskimi duchownymi albo wysupłanie kilkunastu dolarów i dalsze świeckie
bytowanie na ziemskim padole, wybieramy to drugie i po długich targach i
uiszczeniu wyłudzonej od nas kwoty, zjeżdżamy do podnóży masywu.
Lalibela jest kolejnym świętym miejscem ortodoksyjnego kościoła etiopskiego, do
którego zmierzają liczne pielgrzymki chrześcijan, nie tylko z Afryki. Słynie z
dwunastu wykutych w litej skale monumentalnych kościołów, zbudowanych za
panowania cesarza Lalibeli w XII i XIII wieku. Na szczególną uwagę zasługuje
monolityczna świątynia św. Jerzego w kształcie równoramiennego krzyża.
Południe Etiopii to zupełnie inny rozdział. Tamtejsze parki narodowe są
szczególnie bogate w ...ludzi. Przemierzając afrykański busz natykamy się na
jedno z najniebezpieczniejszych plemion Czarnego Lądu – Mursi. Za starannie
wyliczoną opłatę fotografujemy ludność jednej z wiosek. Szczególnie atrakcyjne
są dla nas panie z rozcietymi dolnymi wargami, na których zamocowane są gliniane
krążki, nierzadko wielkości sporego talerza. Ich głowy i szyje zdobi
niecodzienna biżuteria – kolby kukurydzy czy łuski z nabojów do kałasznikowa. Po
wyjęciu przeze mnie kamery wideo, zaczynają się problemy, kończące się awanturą.
Na szczęście Mursi nie są kanibalami i nie stajemy się dla nich przekąską w
stylu „biały z rożna”. W drodze powrotnej przez sawannę spotykamy stada
pawianów, guźce i tych przedstawicieli fauny, którzy poruszają się na tyle
sprawnie i szybko, że nie stali się strawą dla znanych z doskonałej kondycji
biegowej Etiopczyków. Wyjątkiem są, wyglądające na ślamazarne, kilkumetrowe
krokodyle i sympatyczne, ale tylko z daleka, hipopotamy. My zaś wracamy do Addis
Abeby i ruszamy w ostatni etap naszej afrykańskiej przygody. W muzułmańskim
Harerze, na wschodzie kraju, uczestniczyliśmy w niecodziennym spektaklu
karmienia hien.... metodą usta – usta. Cóż, co kraj to obyczaj.
Z początkiem września nastąpił powrót do kraju, gdzie na lotnisku w Katowicach
czekali na nas Premier Rządu RP - prof. Jerzy Buzek i Wojewoda Śląski – Wilibald
Winkler. Niestety ze względu na awarię oświetlenia pasa startowego w stolicy
Etiopii, wylecieliśmy z jednodniowym opóźnieniem, najpierw do Kairu, stamtąd do
Frankfurtu, następnie do Warszawy i na koniec do Katowic, stąd do spotkania z
Panem Premierem i Panem Wojewodą, które miało być dla nas niespodzianką, doszło
dopiero w następnych dniach.
VIII Szkolna Wyprawa Geograficzna „Indie – Himalaje 2003” należała do
najbardziej udanych i efektywnych. Wzięło w niej udział zaledwie osiem osób a
licząca ponad 10.000 km trasa przebiegała od Chennai przez miasto dwóch tysięcy
świątyń - Bhubaneshwar, kolonię trędowatych w Puri założoną i prowadzoną przez
polskiego misjonarza ojca Mariana Żelazka – kandydata do Pokojowej Nagrody
Nobla, Kolkatę, Gayę i Bodhgayę – miejsce, w którym Siddhartha Gautama dostąpił
bodhi, czyli oświecenia, stając się Buddą, miasto 32 milionów bogów – Varanasi,
pendżabski Amritsar, Srinagar w Kaszmirze, himalajski Ladakh, gdzie pokonaliśmy
najwyższą przejezdną przełęcz świata Khardung La (5.620 m n.p.m.) i Radżasthan.
Po raz pierwszy nie było praktycznie żadnych problemów zdrowotnych, no może
oprócz pierwszego dnia po przylocie, kiedy chłopakom było ciężko. Być może
przeziębili się w „Duty Free” na lotnisku.
Owocem tego wyjazdu jest chociażby wydanie ciekawego sprawozdania z wyprawy oraz
liczne odczyty prowadzone przeze mnie i uczestników, w tym w siedzibie Polskiego
Towarzystwa Geograficznego, na festiwalach podróżniczych w Katowicach i
Krakowie, uczelniach i szkołach, placówkach kulturalnych czy też w ramach
warsztatów dla nauczycieli geografii.
W czasie letnich wakacji roku 2004 odbył się kolejny wyjazd piętnastoosobowej
grupy licealistów. Tym razem celem były ciekawe kulturowo i przyrodniczo kraje
południowo – wschodniej Azji: Myanmar (Birma), Laos, Kambodża i Tajlandia.
Okazały się one niezmiernie zróżnicowane nie tylko pod względem poziomu rozwoju
gospodarczego, ale także niesamowitą mozaiką etniczną. Rozpoczęliśmy od
Bangkoku, skąd po załatwieniu formalności wizowych i wykupieniu biletów
lotniczych przedostaliśmy się do Yangonu (d. Rangunu) – stolicy Myanmaru.
Wynajmując vany, sprawdzilismy czy nie należą czasem do państwowej agencji
turystycznej. Niepisaną zasadą jest by w krajach, w których łamane są prawa
człowieka nie wspierać podmiotów państwowych. Nie nocujemy zatem w państwowych
hotelach, unikamy również publicznych środków lokomocji albo tak jak w przypadku
Chin, nie odwiedzamy takich krajów. Dwoma wehikułami przez dwa tygodnie
podróżujemy po tym arcyciekawym kraju. Podróżujemy tam, gdzie pozwala na to
rządząca krajem junta. Z okien naszych busów widzimy zmuszanych do pracy, pod
lufą karabinów, Birmańczyków. Atmosfera terroru i zniewolenia jest odczuwalna,
mimo że swobodne praktykowanie religii buddyjskiej mogłoby świadczyć o swobodach
obywatelskich. Tak jednak bynjamniej nie jest. Nasza birmańska trasa prowadzi
przez Bago, Kyiaikhtiyo nad Jezioro Inle, które w te i we wte przemierzamy
łodziami albo przekraczamy ponad 1000-letnim mostem U Bwin wykonanym z drewna
tekowego. Spotykamy pływające wioski i mnóstwo klasztorów ulokowanych na
porozrzucanych na tym wielkim akwenie wysepkach. Minąwszy jaskinie Pindaya z
posążkami Buddów, docieramy do Mandalay, gdzie po raz pierwszy przepływamy
wzburzone nurty ogromnej Irawadi, która kilka dni później zaskoczyła nas swym
groźnym, monsunowym obliczem. Najważniejszym jednak punktem kilkunastodniowego
pobytu w Birmie było przebywanie wśród tysięcy buddyjskich stup w Baganie –
idyllicznym, skąpanym słoncem niemal bezludnym miejscu. Powrót do Rangunu
przerywa nam powódź. Dalsza droga zalana jest przez wody Irawadi. Mamy zatem
przymusowy postój – gdzieś na trasie. Po dniu przerwy ruszamy dalej i tak jak
wszędzie w południowej Azji, tak i tu w ogarniętej reżimowym terrorem Birmie,
spotykamy na każdym kroku usmiechnięte twarze biednych jej mieszkańców.
Po powrocie do Bangkoku kierujemy się na północ Tajlandii. Odwiedzamy Chiang
mai, Chiang Rai słynny Złoty Trójkąt – pogranicze Tajlandii, Laosu i Birmy –
miejsce zawdzięczające swą sławę a raczej niesławę handlowi narkotykami,
przeważnie opium, który odbywał się tu głównie w latach 50-tych i 60-tych XX
wieku – głównie pod auspicjami amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej,
podobnie zresztą jak w wielu zakątkach świata. Interesujący jest nasz pobyt w
górach Tanen Taunggyi. Oprócz pokrytych soczystą, tropikalną dżunglą
strzelistych wzgórz, jak wszędzie spotykamy ludzi. Tu egzotyka jest szczególna.
Północ Syjamu zamieszkiwana jest bowiem przez kilka plemion, w tym tak
„malowniczych” jak Akha czy też w szczególności Paduang. Płeć piekna tego
ostatniego to tak zwane „długie szyje”. Kobietom, już od dziecka zakłada sie na
szyje metalowe pierścienie, których przybywa wraz z wiekiem, co powoduje
zapadanie sie ramion, a tym samym złudne wrażenie wydłużonej o kilka –
kilkanaście centymetrów szyi.
Ostatnie chwile w Tajlandii spędzamy pośród pól ryżowych, w niesamowitej
scenerii. Można odnieść wrażenie, że zieleń aż krzyczy chcąc oswobodzić się z
ryżowych źdźbeł. O zachodzie słońca, nadającego ryżowym tarasom złotawego
odcienia, swój koncert rozpoczynają cykady. A potem głucha noc, cykady i my. No,
może jeszcze parę milionów komarów. Rankiem chybotliwą łódką przepływamy na
drugi, północny brzeg Mekongu. Jesteśmy w Laosie. Monsun znów daje znać o sobie.
Drogi, które są na wschodzie Laosu jeszcze gorsze niż w Polsce, stają się
błotniste. W pewnym momencie nasz pick-up grzęźnie w błocie po same osie i
wydaje się, że to koniec naszej jazdy. Przed nami stoi kilkanaście ciężarówek,
wszyscy w takiej samej opresji. Jak to jednak w Azji bywa, nikt się tym
specjalnie nie przejmuje. Laotańczycy siedzą sobie przy drodze i uśmiechnięci od
ucha do ucha dyskutują i patrzą na utopione pojazdy. Wygląda jakby czekali na
nastanie pory suchej. Sami bierzemy się do roboty. Zanurzeni po pas w kleistym
błocie zasypujemy bajora zniesionymi i zwiezionymi kamieniami. Na szczęście nie
ma zbyt wiele pijawek. Po kilku godzinach kawalkada rusza dalej i w środku nocy
lądujemy w Luang Namtha. Znajdujemy się kilka kilometrów od chińskiej granicy.
Pogranicze, jak to często bywa, także i tu obfituje w niezłą mozaikę etniczną.
Odwiedzamy liczne wioski w rejonie Muang Sing, a później wsiadamy do kolejnego
pick-upa i po kilkunastu godzinach jazdy na pace (było nas tam może szesnaście
osób) wita nas stara stolica Luang Prabang – miasto świątyń, pałaców i
położonych w pobliżu malowniczych wodospadów, toczących swe wody przez górską
dżunglę. Powoli kierujemy się dalej. Przed nami turystyczna Mekka – Vang Vieng.
Fundujemy tam sobie nurkowanie w jaskiniach i spływ rzeką na ... dętkach. Dalsza
trasa wyprawy prowadzi do Kambodży. Po drodze zatrzymujemy się nad Mekongiem.
Pływamy pomiędzy ponad czterema tysiącami piaszczystych wysp. Do kraju Khmerów
wpływamy łodzią, którą zamieniamy po kilku godzinach na rejsowy wodolot, którym
podpływamy w pobliże stolicy – Phnom Penh. Jeszcze tylko kilka godzin jazdy
busem i jesteśmy w urokliwej, lecz pełnej wyczuwalnej traumy, kambodżańskiej
metropolii. Chcemy zetknąć się przede wszystkim z najnowszą historią tego kraju.
Piękno królewskich pałaców i rezydencji, buddyjskich świątyń przytłacza tu
niechlubna spuścizna, po tym co człowiek jest w stanie uczynić swemu bliźniemu i
to nawet wychowany w kulturze i tradycji buddyjskiej. Z przerażeniem i
wzruszeniem kroczymy po Polach Śmierci. Nie da się raczej postawić stóp tak, by
nie znalazły się na szczątkach ludzkich szkieletów. Spacerujemy pomiędzy
masowymi mogiłami kobiet, dzieci... Więzienie S-21 albo Tuol Sleng to dawne
liceum ogólnokształcące. W salach lekcyjnych mieszczą się łóżka, do których
przykuwano osadzonych tu więźniów, najczęściej przedstawicieli inteligencji –
nauczycieli, lekarzy, mnichów i ich rodziny, czasem nawet niemowlęta. W
potwornych męczarniach, obdarci z ludzkiej godności, głodzeni i torturowani,
ginęli prawie wszyscy. Na siedemnaście tysięcy więźniów S-21 przeżyło zaledwie
kilkanaście osób. Na podłogach, ścianach i sufitach widnieją rozbryzgi krwi. A
wszystko to skończyło się zaledwie trzydzieści lat temu.
Świątynie Angkoru to zupełnie inna bajka. Budowane od IX do XIV wieku stanowią
jeden z najznamienitszych zabytków świata. W połowie XIX wieku, zapomniane i
porośnięte dżunglą zespoły świątynne, zostały odkryte przez francuską ekspedycję
pod kierownictwem Henri Mouhot’a. Przepotężne świątynie strzelają w niebo swymi
wieżami ułożonymi niczym puzzle z dopasowanych, bogato rzeźbionych bloków
skalnych. Ich niemal błyskawiczny ogląd zajmuje nam pełne trzy dni – od wschodu
do zachodu słońca.
Przed powrotem do państwa Tajów składamy wizytę w muzeum min lądowych, gdzie
spotykamy wielu okaleczonych młodych ludzi. To także powszechny i straszny widok
– pokłosie toczonych tu walk i zaminowania ogromnych połaci Kambodży przez
Amerykanów, Wietnamczyków i Czerwonych Khmerów.
Ostatnie chwile spędzamy znów w Tajlandii. Najpierw niczym wspomniani przed
chwilą Francuzi, przedzieramy się przez dżunglę Khao Yai. W pewnym momencie
niemal wpadamy na słonia. Ten straszy nas kilkoma krokami w naszym kierunku.
Uciekamy, gubiąc sprzęt fotograficzny i nabywając poczwórnej dawki adrenaliny.
Na szczęście największy lądowy ssak nie miał złych intencji wobec nas i po
chwili, ale już nieco uważniej zapuszczamy się w mroczne ostępy zwrotnikowego
lasu. Leżący na ścieżce pięciometrowy pyton siatkowany nie robi już na nas
większego wrażenia. Na zakończenie fundujemy sobie trzydniowy odpoczynek na
wyspie Ko Chang, a stamtąd wracamy do Bangkoku i via Kijów z powrotem do kraju.
W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 2004 roku cały świat obiega tragiczna
informacja. Część nadmorskich terenów krajów położonych w basenie Oceanu
Indyjskiego zostaje spustoszona przez niszczycielski atak tsunami. Z uwagą
śledzimy agencyjne doniesienia, a ja zastanawiam się ilu ludzi, których
przelotnie poznaliśmy albo przynajmniej spotkaliśmy na trasach naszych wojaży w
jednej chwili straciło życie lub też w najlepszym przypadku dorobek całego
życia. Poruszeni azjatycką hekatombą staramy się uczestniczyć w pomocy. By nasz
skromny wkład trafił bezpośrednio do poszkodowanych, nawiązujemy kontakt z
Ambasadą Sri Lanki w Warszawie. Wizyty Jego Ekscelencji Nallathamby
Navaratnarajah’a w Chorzowie i nasze w stolicy, pozwalają na włączenie się w
akcje humanitarne na rzecz młodych Lankijczyków. Naszym beneficjentem staje się
społeczność zruinowanej przez żywioł szkoły C.W.W. Kannangara Maha Vidyalaya w
Galle na południu „rajskiej wyspy”. Wraz ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Słowaka,
Międzynarodowym Stowarzyszeniem Studentów Medycyny oraz Stowarzyszeniem
Przyjaciół Polski i Sri Lanki, przy pomocy wielu instytucji publicznych oraz
pozarządowych, organizujemy i przeprowadzamy cały cykl przedsięwzięć, z których
dochód za pośrednictwem Ambasady przekazujemy szkole w Galle. Są to wystawy,
koncerty, aukcje, zbiórki publiczne itd. W sumie udało nam się przekazać środki
niewiele mniejsze od tych, na które zdecydował się rząd 38-milionowego państwa
znad Wisły.
Latem 2005 roku ruszamy ponownie do Azji. Tym razem głównym celem naszej wyprawy
jest Sri Lanka. Ponaddwudziestoosobowa ekipa ze Słowaka - via Delhi, a potem po
48-godzinnej podróży koleją Thiruvananthapuram i przelocie do Colombo ląduje na
znanej z Ramajany wyspie położonej na południe od Półwyspu Indyjskiego.
Odwiedzamy miejsca ważne ze względów historycznych: obecną stolicę Sri
Jayavardanapura Kotte, Colombo – największe, bardzo zresztą dziwne miasto, pełne
policji, wojska i wszechobecnego niepokoju, miejsca historyczne – Anuradhapurę i
Pollonaruwę i duchową stolicę kraju – Kandy – miejsce, w którym przechowuje się
najświętszą relikwię – ząb Buddy. Gros czasu poświęcamy jednak na pobyt w Galle.
Zlani potem, czynnie uczestniczymy w odbudowie szkoły. Większość czasu spędzamy
z naszymi młodymi przyjaciółmi z Galle. Obraz zniszczeń jaki oglądamy w czasie
pobytu na wybrzeżu, zruinowane budynki, powywracane pociagi, poskręcane tory
kolejowe, namiotowe miasteczka i wciąż widoczny szok na twarzach mieszkańców to
dla nas wielkie doświadczenie, które pozostawia w uczniach ślad na całe życie.
Naprawdę po kilku dniach stykania sie ze śmiercią i cierpieniem, zmiany w
odbiorze rzeczywistości, czyli w tak zwanym postrzeganiu świata są widoczne. I
dobrze, bo jednym z celów moich, czy też naszych działań jest uwrażliwienie
młodzieży na problemy innych ludzi, w szczególności młodych a także nauka
postępowania niekoniecznie dążącego do zaspokojenia własnego ego. Cieszę się, że
taką ścieżką życia podąża wielu absolwentów naszej szkoły.
Druga część jubileuszowej, X Wyprawy prowadzi znów przez Indie. Na naszej trasie
są: Maduraj, Mamallapuram, Chennai, Kolkata. Po raz pierwszy wjeżdżamy w
niedostępne dla turystów niespokojne obszary północno – wschodnich Indii. W
nasze paszporty wpięte są specjalne zezwolenia, które dzięki uprzejmości mojego
świetnego przyjaciela – Pana Anila Wadhwy – Ambasadora republiki Indii w RP,
otrzymujemy od indyjskiego rządu. Jak się okazuje w niektórych miejscach
jesteśmy pierwszymi widzianymi obcokrajowcami. Poznajemy zupełnie inne oblicze
Indii. Przez lata poruszaliśmy się po terenach gęsto zaludnionych o coraz to
lepszej infrastrukturze, gdzie moglismy obserwować dynamikę rozwoju azjatyckiego
mocarstwa. Północny wschód to z kolei prawdziwie kiplingowska dżungla. Czasem
trzeba kilkunasu godzin przebijania się autobusem przez dżunglę, rozgarniając
szybami bujną roślinność bananowców, drzewiastych paproci, zwisających lian i
innych gatunków, znanych nam raczej z ogrodów botanicznych, by dotrzeć do
ludzkiej osady. Do zdezelowanego autobusu, do którego nie wiadomo kiedy i jak,
dostają się wszędobylskie pijawki, co jakiś czas zaglądają żołnierze, strzegący
porządku w regionie o silnych separatystycznych tendencjach. Nasze dokumenty są
jednak jak najbardziej O.K. i bez problemu podróżujemy przez północno –
wschodnie stany: Meghalayę, Manipur, Mizoram, Nagaland, Arunachal Pradesh i
Assam. Spedzamy mistyczną noc w wisznuickich klasztorach na największej
śródlądowej wyspie świata – Majuli Island na Brahmaputrze, przerywanej
tropikalną burzą, wspinamy się wąską drogą do buddyjskich klasztorów Tawang w
Himalajach, a potem tradycyjnie: Varanasi, Agra, Amritsar, Jaipur i Delhi. Po
powrocie, jak zawsze, dzielimy się swoimi obserwacjami, nie tylko z rodzinami i
młodzieżą Słowaka. Docieramy do uczniów innych szkół, studentów, dorosłych.
W 2006 roku, po siedmiu latach przerwy postanowiłem wziąć urlop. Większość
poprzednich okresów wakacyjnych poświęcałem młodzieży, co nie jest dla mnie
niczym niezwykłym. Tym razem wraz z przyjaciółmi, a prawie wszyscy z nich to
absolwenci Słowaka postanowiliśmy wybrać się do Wietnamu. Przez trzy tygodnie
włóczyliśmy się od Lao Cai i Sapa na samej północy, po Sajgon, czyli Cho Chi
Minh City i deltę Mekongu na południu. Po drodze zwiedzaliśmy Hue, Hoi An, My
Son, Nha Trang. W środkowym Wietnamie obserwowalismy do dziś widoczne ślady
barbarzyńskiej wojny amerykańskiej, zakończonej dopiero w 1975 roku. Pozostałą
część pobytu poświęciliśmy na Kambodżę i Tajlandię. W Sihanoukville znaleźliśmy
się w oku tropikalnego cyklonu i uciekliśmy z zalanej w jednym momencie
południowej części kraju. Potem był rejs po ogromnym jeziorze Tonle Sap,
delektowanie się połączeniem dzikiej dżungli z jednym z najwspanialszych dzieł
wykonanych ręką człowieka, czyli Angkorem i kilka chwil na plaży w Tajlandii.
Trasa XI Szkolnej Wyprawy Geograficznej z 2007 roku objęła Nepal i Indie.
Chorzowscy podróżnicy przemierzyli piętnaście tysięcy kilometrów zwiedzając
urokliwe zabytki Nepalu w Kathmandu, Bhaktapurze i Patanie, a także jak przed
laty, polując z grzebietów słoni na nosorożce. polowaliśmy oczywiście aparatami
fotograficznymi i kamerami. Po raz pierwszy dane nam było podróżować po Nepalu w
czasie monsunu, który był owego roku dosyć dokuczliwy. Himalaje skryły się za
gęstą pokrywą chmur i właściwie, gdyby nie geograficzna wiedza, możnaby czuć się
jak na Nizinie Mazowieckiej. Wiele zmieniło się w tym kraju przez szesnaście lat
od naszej pierwszej wizyty. W 1991 roku Nepal był monarchią i to na dodatek
absolutną. Dopiero w maju 1991 roku odbyły sie pierwsze wybory parlamentarne,
jednak i po nich większość władzy skupiona była w rękach króla, którym był
wielbiony przez Nepalczyków Birendra Bir Bikram Shah Dev. Po krwawej jatce w
Pałacu Królewskim i przez lata inspirowanym przez Chińczyków wzroście aktywności
maoistów, Nepal stał się republiką. Przez półtora dekady niekończące się spory o
udział w sprawowaniu władzy spowodowały kompletną stagnację gospodarczą.
Odwiedzając to jedno z najbardziej uroczych miejsc na Ziemi, widzimy
pogłębiajace się zapóźnienie w stosunku do dynamicznie rozwijajacych się,
sąsiednich Indii.
Po dziesięciu dniach u podnóży niewidocznych Himalajów, wracamy do Indii.
Pierwsze dni to właściwie ucieczka przed wielką powodzią, która ogarnęła większą
część Niziny Hindustańskiej. W pośpiechu, ale bez zbędnej paniki, przedzieramy
się przez zatopiony przez monsunową powódź stan Bihar – jeden z najbiedniejszych
w kraju. Zmieniamy co chwilę, środki lokomocji, przekraczamy rozlewiska, zerwane
mosty, przyglądamy się tragedii, jaką ze stoickim spokojem przeżywają
Biharczycy. Stajemy się się świadkami osobistych tragedii, śmierci, strachu.
Sami otoczeni przez rozlane wody Gangesu i jego dopływów, znajdujemy schronienie
w miasteczku Motihari. Stajemy się atrakcją dla miejscowej ludności, która
pewnie po raz pierwszy widzi tylu „białasów” w jednej chwili, w jednym miejscu.
Otaczają nas zwartym okręgiem i z uśmiechem na twarzy przypatrują. Tak wyglądają
prawdziwe Indie, z dala od turystycznych szlaków, gdzie trudno nawet znaleźć
dwadzieścia cztery miejsca noclegowe. Miasteczko jest z kategorii „no English” i
musimy sobie radzić techniką migową. Nocujemy w pobliżu dworca, skąd nastepnego
dnia mamy pociąg do Kolkaty. Oprócz nas w pokoikach hotelowych schronienie
znajdują insekty, w ilości wystarczajacej na to, by zrobić z nas sitko.
Ogryzieni, ruszamy wraz z naszymi bąblami w dalszą podróż. Zwiedzamy Kolkatę,
Chennai i Mamallapuram, gdzie spotykamy sześcioosobową grupę absolwentów
Słowaka, płyniemy kanałami i lagunami Kerali, zażywamy ochłody w górach
południowych Indii, w podupadłych kuratach: Kodaikanal i Udhagamandalam, czyli
Ooty. Bangalur zwiedzamy korzystając z wynajętego busa. Zaczynamy od Bull Temple
– świątyni pochodzącej z XVI wieku, wzniesionej w stylu drawidyjskim i
poświęconej bykowi Nandi – „wierzchowcowi” Shivy. Dalsza trasa prowadzi przez
położone poza miastem safari, gdzie można spotkać między innymi tygrysy i lwy,
niestety tylko zza szyb autobusu a także zgiełkliwą świątynię ISKCON (Hare
Krishna). Mijamy gmachy Parlamentu i Sądu Najwyższego.
Przez Daund – miasto widmo, docieramy do Aurangabadu w stanie Maharashtra i
oglądamy starożytne świątynie Ellory i Ajanty, a później prehistoryczne
malowidła naskalne w Bhimbetce i stupy buddyjskie z czasów cesarza Ashoki (III w
p.n.e.) w Sanchi koło Bhopalu. Dalsza trasa prowadzi przez duchową stolicę Indii
– Varanasi – miasto pozostawiające w pamięci barwne, stanowcze, często wręcz
drastyczne obrazy, miasto które można pokochać lub znienawidzić. Stamtąd
kierujemy się do Pathankot i Dharamsali – siedziby przywódcy Tybetu na wygnaniu.
Jego Świątobliwość Jamphel Ngawang Lobsang Yeshe Tenzin Gyatso – XIV Dalajlama
Tybetu, jeden z największych autorytetów dla współczesnego świata, laureat
Pokojowej Nagrody Nobla, przybył tu w 1959 roku chroniąc się na zaproszenie
Premiera Jawahrlala Nehru w gościnnych Indiach. Spotkanie z Dalajlamą
zawdzięczamy staraniom Ambasadora Indii – Pana Anila Wadhwy oraz urzędnikom
Rządu Tybetu na uchodźstwie. 31 sierpnia 2007 roku o godzinie 12.30 czasu
delhijskiego (w Polsce była wtedy 9.00), po załatwieniu wszystkich formalności,
okazaniu paszportów i poddaniu się kontroli osobistej, Jego Świątobliwość XIV
Dalajlama Tybetu, na prywatnej audiencji w swojej rezydencji w indyjskim mieście
Dharamsala w Himalajach, przyjął uczestników XI Szkolnej Wyprawy Geograficznej
„Indie - Nepal 2007”.
Swoje powitanie Jego Świątobliwość rozpoczął od wspomnienia jego pobytów w
Polsce i porównania najnowszej historii Tybetu i Polski, których mieszkańcy w
sposób pokojowy dążą lub dążyli do uzyskania niepodległości. Podobieństwo w
dążeniu do wolności wywodzi się przede wszystkim z głębokiego przywiązania
Tybetańczyków i Polaków do wyznawanej wiary oraz narodowych tradycji, a polega
między innymi na tym, iż do celu, jakim jest wolność, dochodzi się nie stosując
wobec ciemiężyciela przemocy.
Jego Świątobliwość skierował specjalne słowa do nauczycieli i uczniów Słowaka a
także całej polskiej młodzieży, życząc, by w swym codziennym postępowaniu
kierowali się przede wszystkim trzema wartościami: miłością, współczuciem dla
innych i dążeniem do zdobywania wiedzy. Na białej karcie papieru zaadresował w
języku tybetańskim specjalne przesłanie do młodych ludzi, które po
przetłumaczeniu na język polski brzmi:
„Pozdrawiam wszystkich polskich uczniów i studentów – dziewczęta i chłopców.
Nadzwyczaj ważnym jest by nosić w sobie miłość, współczucie i mądrość, które są
podstawą szczęśliwego życia.
Zwracam się do Was wszystkich, by czerpać z tych wartości radość i zawsze
rozwijać je w sobie.
Dalajlama zapytał o nasz wiek a otrzymawszy odpowiedź, że większość z nas jest
„pomiędzy szesnastym a dziewiętnastym rokiem, a ja jestem najstarszy”, skwitował
ją gromkim i serdecznym śmiechem, podobnie jak krótką sentencję wygłoszoną pod
adresem Chin Ludowych.
Przez całe spotkanie dominowały chyba dwa uczucia: ogromny szacunek dla
Wielkiego Człowieka z naszej strony - tym samym prawdziwy dreszcz, dziwny ucisk
w gardle, a z drugiej strony otwartość, serdeczność i głębia wypowiadanych myśli
przez Dalajlamę. I na dodatek to ciepło i energia, rozchodzące się, kiedy
Dalajlama mocno uścisnął moją dłoń i trzymał ją, może minutę, a może kilka
minut. Trudno to wszystko opisać i oddać słowami, szczególnie kołaczące się w
głowie myśli i zdania, które chciałoby się w takiej chwili wypowiedzieć.
Na zakończenie spotkania nie obyło się bez zdjęciowej sesji, zaś chorzowscy
licealiści podarowali Jego Świątobliwości albumy przedstawiające Chorzów w roku
jego jubileuszu 750–lecia i złożyli Dalajlamie życzenia w imieniu władz Miasta
Chorzowa i społeczności Słowaka.
Ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy na zachodzie kraju, zwiadzając Amritsar,
spotykając się z ciekawą i śmieszną wręcz manifestacją siły w czasie codziennej
ceremonii zamykania granicy indyjsko – pakistańskiej, podróżując na chybił –
trafił przez Radżasthan – z sześcioma przesiadkami w ciągu jednego dnia.
Zwiedziliśmy Jaipur, wspaniałe zabytki mogolskie Agry oraz piękną metropolię
ponadmiliardowego mocarstwa.
XI Wyprawa Geograficzna zaowocowała między innymi wydaniem reportażu mojego
autorstwa pod tytułem „Szkolny dzienniczek indyjskiej przygody”, kolejnymi
odczytami i wystawami.
Z marszu rozpoczęliśmy przygotowania do kolejnego wyjazdu, który zaplanowaliśmy
na letni sezon 2008 roku. W międzyczasie zajęli się mną świetni ortopedzi z
Piekar Śląskich. Znów zacząłem chodzić i ... jeździć. W lipcu wystartowaliśmy z
berlińskiego lotniska Tegel. Przez Helsinki dolecieliśmy do Bangkoku, stamtąd
pociągiem na samo południe Tajlandii, gdzie przekroczyliśmy granicą malezyjską.
Większą część wyprawy penetrowaliśmy ten piękny kraj, gdzie supernowoczesna
technika miesza się z niesamowitą egzotyką, zarówno pod względem przyrodniczym,
jak i ludzkim. Malezję zamieszkują nie tylko rdzenni Malajowie. Bardzo liczne są
populacje Chińczyków – przede wszystkim starej emigracji oraz Indusów. Mieszanka
kulturowa ma swoje odzwierciedlenie chociażby w wykwintnej kuchni tego kraju.
Gdyby organizowane były mistrzostwa świata w gotowaniu, zapewne palmę
pierwszeństwa dzierżyłaby Malezja. Przez Kota Bharu, Penang (Georgetown) i
Cameron Highlands, docieramy do Kuala Lumpur. Absolwentka Słowaka z 1989 roku –
Asia „Jo” Jurczyga, pomaga nam poznać zbudowane z wielkim rozmachem, gigantyczne
miasto. Z wież KL Menara i Petronas Towers oglądamy je również z góry. Dwa dni
spędzamy w czarującym portowym mieście Malakka, skąd udajemy się do Johor Bharu
i Singapuru. Dwunasta wyprawa przejdzie do historii jako „samolotowa”.
Pięciokrotnie korzystamy z azjatyckich tanich linii lotniczych, przelatując z
wyspy na wyspę. Dwa tygodnie spędzamy na Kalimantanie, czyli Borneo. Zachodnia
część trzeciej wyspy Ziemi należy do Malezji i Brunei. Tę część staramy się, w
miarę naszych skromnych możliwości czasowych, poznać. Podróż rozpoczyna się w
Kuchingu w południowej części Kalimantanu – Sarawaku. Stamtąd jedziemy
autobusami a następnie wynajętymi vanami do Brunei. Prawdę mówiąc, Bandar Seri
Begawan - stolica państwa o jednym z najwyższych w świecie dochodów per capita
trochę nas rozczarowuje. Liczyliśmy na coś w rodzaju Singapuru, Kuala Lumpur czy
Hongkongu, w każdym bądź razie miasto na miarę XXI czy XXII wieku, zastajemy zaś
infrastrukturę, która nawet w Europie nie uchodziłaby za supernowoczesną. Po
kilku zaledwie godzinach pobytu w sułtanacie, gdzie pływamy po
trzydziestotysięcznym kampungu Ayer – osadzie wzniesionej na palach w głęboko
wciętej zatoce Morza Południowochińskiego i zaglądamy do Meczetu Omara Ali
Saifuddiena, okrętujemy się na niewielkim statku i płyniemy na wyspę Pulau
Labuan. Stamtąd, również pasażerskim statkiem wracamy na Kalimantan do miasta
Kota Kinabalu, które staje się naszą bazą wypadową dla poznawania prowincji
Sabah w północnej części wyspy a także miejscem krótkiego odpoczynku połączonego
z nurkowaniem na rafie koralowej i pobytu na okolicznych wysepkach. Prawdziwa
borneańska frajda zaczyna się po kilku dniach. Najpierw stajemy pod górującym
nad wyspą szczytem Mount Kinabalu (4.195 m n.p.m.), a później oglądamy dżunglę w
sposób dosyć nietypowy. W okolicach Poring chodzimy po chybotliwych kładkach
zawieszonych pośród koron, mniej więcej 30-40 metrów nad ziemią. Dla osób
mających lęk wysokości, byłby to zapewne spacer nie do zrealizowania. Trzy dni
spędzamy w dżungli nad rzeką Kinabatangan. Egzotyczną florę i faunę podziwiamy
głównie z łodzi. A jest co oglądać. O wschodzie i zachodzie słońca, rzeka staje
się nie tylko wodopojem dla zwierząt, ale także pewnego rodzaju teatrem, w
którym rozgrywają się codzienne sceny z życia zamieszkujących je gatunków. Mamy
szczęście. Dane jest nam spotkać warany, majestatyczne dzioborożce ukrywające
się wśród konarów drzew, no i przede wszystkim kilka gatunków naszych
krewniaków. Oprócz makaków i nosaczy widzimy rodziny orangutanów ucztujące
pośród zawieszonych nad wodą gałęzi. Nocą zaś wsłuchujemy się w groźne pomruki i
śpiew zwrotnikowego lasu. Z człekokształtnymi spotykamy się ponownie w dżungli w
okolicach Sepilok. Tym razem jest to spotkanie oko w oko. Orang utang, czyli
człowiek lasu spogląda na nas wzrokiem, z którego naprawdę bije inteligencja.
Także ze względu na rozmiary, pomarańczowe naczelne są niewątpliwie panami
dżungli w tej części świata.
W Sabah kończy się nasza malezyjska przygoda. Przelatujemy na Bali. Wyspa
należąca do Indonezji jest rzeczywiście magiczna. Jedynym jej „felerem” jest
duża liczba turystów z Europy, Autralii i Ameryki, co jak wiadomo skutkuje
hałasem, tonami śmieci, prostytucją i innymi przejawami tzw. zachodniej
cywilizacji. Nas interesują wulkaniczne krajobrazy a także bogata kultura wyspy
związana z wyznawanym tu hinduizmem. Co rusz napotykamy na większe i mniejsze
świątynie kryte zazwyczaj strzelistymi, słomianymi dachami. Jest ich tu ponoć
siedemnaście tysięcy. Uczestniczymy w spektaklach Ramajany – rytualnych tańcach
barong i kecak. Dalsza wędrówka wiedzie nas na Jawę. Więcej czasu poświęcamy na
zwiedzanie Yogyakarty i położonych w pobliżu zespołów świątynnych – ogromnej
buddyjskiej stupy Borobudur i hinduskiego kompleksu Prambanan. W stolicy
Indonezji – Dżakarcie zatrzymujemy się na dwa dni i właśnie stamtąd przelatujemy
do Padangu na Sumatrze. Zielona Sumatra jest dla nas niewątpliwie odkryciem
sezonu. Mało tu zgiełku, nowoczesności, turystów. Nie ma autostrad, nowoczesnych
technologii tak charakterystycznych dla krajów azjatyckich, a drogi są prawie
tak dziurawe jak w Polsce. Podróżując przez kipiącą soczystą zielenią wyspę
przekraczamy równik, delektujemy się krajobrazem superwulkanu, którego erupcja
przed siedemdziesięcioma tysiącami lat o mało co nie doprowadziła do wyginięcia
gatunku ludzkiego na Ziemi. Gigantyczną „dziurę w Ziemi”, czyli kalderę wypełnia
dziś Jezioro Toba. Podglądamy życie mieszkańców północnej Sumatry, głównie
plemion karo a przed wylotem do Malezji i stamtąd do Tajlandii, wspinamy się na
czynny wulkan Gunung Sibayak. Gorące gazy wydobywające się z ogromnym hukiem
pozwalają nam na bezpośrednie przyjrzenie się groźnemu obliczu uwięzionemu we
wnętrzu naszej planety.
Po siedmiu tygodniach wróciliśmy z naszego ostatniego - jak na razie - pobytu w
Azji, choć życzyłbym swoim uczniom, by ciąg dalszy nastąpił. Ja mam jedynie
nadzieję, że tak się stanie, a grunt pod kolejne wyprawy dał pewnie mój krótki
rekonesans w lutym 2009 roku. Razem z przyjaciółmi dokonaliśmy
czternastodniowego „zwiadu” na Filipinach. Tymczasem 5 lipca 2009 roku, ponad
dwudziestoosobowa grupa ze Słowaka wylatuje do Indii.